Uwielbiam jeździć nocą przez wielkie miasta. Neony mrugają do mnie zalotnie, uśmiechają się podświetlone billboardy, błyskają żółtookie światła. Zza szyby patrzę na szybko zmieniający świat jak w kalejdoskopie.

W starych dzielnicach śpią kamienice. Od bruku odbijają się światła latarni. Niektóre gazowe, odnowione, przypominają o przeszłości. W bramach czai się coś. Lepiej nie wiedzieć co. Bury kot przemyka niepewnie. Część okien zakrywają ciężkie koturny, zza których przebija się nikłe światło. Jakieś kroki, czyjeś oddechy. Inna strona miasta.

Blokowiska witają mnie łuną świateł. Okna w budynkach z wielkiej płyty – każde pokazuje swoje nocne oblicze. Część zupełnie ciemna – dała zasnąć mieszkańcom lub zionie pustką. Inne oświetlone. Różnokolorowe zasłonki w pokojach dziecięcych: śpią na nich misie, królewny, samochody, piłki. Owocowe zasłonki w kuchni: czasami są tylko ozdobą, widać ludzi zasiadających do kolacji lub krzątających się wokół stołu. Na tle zasłon w salonach często migają oczy telewizorów – zapychaczy wieczorów. Blok żyje w każdej komórce.

A wyjeżdżając z miasta, wjeżdżam w noc. W noc prawdziwą z gwiazdami na niebie, które są niczym nie przyćmione. Z psem, który obudzony szczeka gdzieś w oddali. Pojedyncze światła okien w domach są jakby spokojniejsze. Pelargonie śpią na parapecie. Gałęzie drzew kołyszą się miarowo, nie budzone nocnymi szarżami po ulicach. Ta sama noc, a inna jednak…

Reklamy