Na początku lat dziewięćdziesiątych zapanowała moda na domofony. Wkrótce wszystkie bramy na osiedlu, na którym mieszkałam, miały zamontowane te urządzenia. Niekiedy obok cyfr ktoś nieudolnie dopisywał długopisem Kowalscy czy Nowakowie. Przecież oczywiste było, iż na drzwiach musi widnieć tabliczka z nazwiskiem. Jakże więc mogłoby zabraknąć nazwiska przy domofonowym przycisku?

Cofnijmy się jednak trochę do czasów, kiedy domofonów nie było. Na klatkę wchodził kto chciał i kiedy chciał, z czego my, dzieciaki chętnie korzystaliśmy. Kolega biegał na przykład po klatkach, aby zbierać szczepki kwiatów. W swoim pokoju miał mały ogród botaniczny. Dobry obyczaj nakazywał trzymać rośliny na półpiętrach klatek schodowych. I tak pięły się nieśmiertelne bluszcze, przechylały fikusy, kwitły fiołki i amarylisy. Niekiedy ktoś postawił kaktusa. Wszystkie posadzone były w porowatych, glinianych donicach – plastikowe osłonki były rzadkością. Część z donic pokryta już była białym nalotem lub wyszczerbiona, ale nadal dzielnie pełniły swoją funkcję.

A co to, moje kwiaty?! – broniła się sprzątaczka przed oskarżeniami o nie podlewanie roślin. Jak kto postawi, to niech daje też wodę! – darła się ochrypłym głosem. Bo to, że kwiaty już były nie było niekiedy równoznaczne z ich pielęgnacją. Sypały się pelargonie „zostawione tylko na zimę”, obok stało smutne wspomnienie araukarii. Bluszcz wędrował gdzie chciał, gubiąc po drodze zżółknięte liście. Ale były też półpiętra zadbane. Donice na podstawkach, pnącza przywiązane do palików. Zdawało się po prostu, że oto rośliny, nie mieszcząc się w mieszkaniu, postanowiły przeprowadzić się na klatkę.

Teraz na nowych osiedlach nie widuję roślin na klatkach schodowych. Zresztą nawet w domach królują prawie wyłącznie storczyki. Inne kwiaty zdają się być przestarzałe i niemodne. Tylko gliniane donice powróciły do łask i nie muszą się obawiać wystawienia na półpiętro.

Reklamy