Poprzedni tekst pisałam kilka dni temu, ustawiając czas publikacji na 3.01.2014 jeszcze nie wiedziałam. Czytając Jej życzenia świąteczne, jeszcze miałam nadzieję. Wiedząc, jak odchodził Darek, nadzieja ta była słaba, ale się tliła. Nie myślałam, że bezwzględna choroba tak szybko ją odbierze.

S. Judyta Bilicka… nie będę o Niej pisać, bo wystarczy przeczytać Jej bloga. Najpierw wpadałam tam od czasu do czasu, aby poczytać niesamowite opowieści z misji w Kamerunie. Zupełnie inny świat. Od czasu choroby bliskich, zaczęłam czytać głębiej, a spokój s. Judyty, jej trafne uwagi i poczucie humoru, sprawiały, że z radością czekałam na kolejny wpis.

Gdy podzieliła się z czytelnikami tym, że jest chora, to wręcz nie uwierzyłam. Kolejna osoba… potem było wyłapywanie treści, które coraz celniej uderzały i powodowały zmiany w postrzeganiu świata. Aż nadszedł ten post ostatni… i zabrakło już słów. Zapadła cisza, a my, czytelnicy zostaliśmy nagle sami i osieroceni.

Nie znam sensu cierpienia, ale siostra pisała, że Cierpienie musi mieć sens, bo bezsens przecież nie boli…

TAM już nie boli. Wierzę w to. Do zobaczenia s. Judyto…

Reklamy