Nasz dom był zawsze domem pełnym zwierząt. Mieliśmy różne stworzenia. Mama tylko przytakiwała ojcu na jego pomysły, chociaż sama wzięła kiedyś zabiedzone kociaki od sąsiadki i zawiązała im kokardki, aby ojcu powiedzieć, że są dla niego w prezencie. Byliśmy takim domem częściowo „tymczasowym” dla różnych zwierząt, kiedy jeszcze taka nazwa nie padała. To tylko mały wycinek tego świata, ale uważam, że godny pokazania.

Nasz zwierzyniec to był m.in. Boss (1996-2000) i Hexa (1999-2010). Boss był najmądrzejszym psem, jakiego kiedykolwiek znałam. Czarny jamnik o wspaniałym charakterze. Spędził ze mną część mojego dzieciństwa. Jeździł z nami na pikniki, rozkładał się na trawie i pilnował koszyka. Do dzisiaj nie wiemy, co mu się stało. Weterynarz sugerował otrucie. Czy komuś nie spodobało się, że donośnie szczeka? Ratowaliśmy go za wszelką cenę, bo tliła się iskierka nadziei. W ostatnim dniu, nie mając sił, aby wyjść na dwór, położył się na progu domu i zasnął. To dla niego napisałam to opowiadanie.

Hexa pojawiła się jak grom z jasnego nieba. W pewien styczniowy wieczór pod furtkę podjechała pani. Moja mama wyszła i pani poprosiła ją, aby coś przytrzymała. Po czym prawie bez słowa odjechała. I tak zjawił się niespełna 3 tygodniowy szczeniak, który rósł jak na drożdżach. Spał na termoforku, który szybko okazał się zbyt mały. Hexa uwielbiała ganiać jaskółki, nosiła w pysku kamienie i mruczała przy głaskaniu. Kiedy urodził się Danielek, pilnowała wózka. Była moim dużym psem.
Czasami nie wierzę, że ich już nie ma. Znaczyły tak wiele.

pies1Hexa i Boss

Psem, o którego powrót do zdrowia walczyliśmy bardzo długo i bezskutecznie była Nora. Ukochany pies mojego ojca, mieszaniec dobermana z wilczurem. Niezwykle czujna i piękna. Pierwszy raz zetknęłam się wówczas z nowotworem u zwierząt. Pamiętam, jak prześwietlaliśmy jej łapę w nadziei na to, że jednak sobie ją wybiła etc. Ale biopsja guza nie dała wątpliwości. Przegraliśmy walkę, gdy miała niespełna 4 lata. Wtedy też zrozumiałam, że w pewnym momencie należy spasować, gdy wynik jest jednoznaczny, trzeba zgodzić się na odejście przez tęczowy most. Bo każdego dnia cierpienie może być tylko większe i mimo zaklinania losu, płaczu, kolejnych wizyt u innych weterynarzy, nic nie można zrobić.

pies-2Nora

Oprócz tego była Luńcia-wariatuńcia (2003-2012), która dzięki moim rodzicom, nie skończyła jak koledzy i koleżanki w schronisku lub jako psy pseudo obronne do walk. Była trochę nadpobudliwa, wiecznie ośliniona i nieświadoma swej wagi chciała się ładować na kolana. Bardzo cięta do obcych, do swoich przesadnie wylewna. Ostatni rok spędziła na lekach przeciwbólowych, które niestety tylko chwilowo przynosiły jej ulgę. Roześmiany pychol. Daniel czasem ją wspomina, chociaż, kiedy odeszła miał tylko trzy lata i nie bawił się z nią, a jedynie nosił jej jedzenie. Jednak z jakichś przyczyn, ten pies utkwił mu w pamięci…

pies-3Luna

I jeszcze kilka słów o tymczasowych mieszkańcach. Przez jakiś czas mieszkał z nami jamnik Bono. Padaczkowy biedak. Obecnie od dekady mieszka ze starszą panią, dla której jest całym światem. Pani w dość krótkim czasie straciła męża oraz syna. Bono stał się dla niej wręcz ostatnią deską ratunku, pomimo swoich zdrowotnych problemów. Dziś to już psi emeryt, ale zdjęcie pochodzi z czasów jego młodości.

pies-4Bono

Był także Dyzio – pies znaleziony przez nas pod koniec ubiegłego wieku w worku po nawozie. Myśleliśmy, że jego łyse ciało to odpowiedź na chemikalia, po diagnostyce okazało się, że zaatakował go świerzb. Na ciele miał liczne rany. Na szczęście wielotygodniowa walka o jego zdrowie przyniosła rezultat. Dyzio stał się prawie szorstkowłosym jamnikiem. Po wyleczeniu zamieszkał z moją siostrą Martą. Przez wiele lat był ulubieńcem całej rodziny.

pies-7Dyzio

Prócz psów od czasu do czasu pojawiały się koty. Trafiały do nas w rozmaitych okolicznościach i zdecydowanie, poza jednym wyjątkiem, nie były to typowo domowe zwierzątka. Większość przychodziła zaspokoić swój głód lub trafiała do nas na podleczenie. Oto niektórzy koci bywalcy, na starych zeskanowych zdjęciach:

pies-6 pies-5Oto kotka. Kotka nie miała imienia. Miała za to pecha. Ktoś tak celnie rzucił w nią kamieniem, że wybił jej oko. Ojciec znalazł ją na poboczu drogi i zawiózł do weterynarza. Pamiętam, jak wrócił z kotem w kołnierzu. Mama już nic nie mówiła, tylko ulokowała nieszczęsną pannę w kuchni przy piecu. Po operacji błyskawicznie odżyła i pokazała prawdziwe oblicze. Zero wdzięczności za uratowanie kociego życia. Może wiedziała, że ma ich jeszcze kilka? 😉 Dzikuska pozostała dzikuską, łaskawie zjawiającą się od czasu do czasu w porze karmienia.

pies-8 pies-9

Podobnie jak Klakier, którego boki były naprawdę imponujące. Zaszczycał nas czasami swoją obecnością, biegnąć przez ogród i drąc się z daleka wniebogłosy. Do końca swoich dni pozostał prawdziwie wolnym, wiejskim kocurem.

pies10Klakier

Pojawiła się także niezwykła brytyjska pani na włościach, czyli Fela (2001-2013). Prawdziwa królowa. Jedna i jedyna. Nie tolerowała innych kotów na swoich salonach. Przygarnęliśmy ją w 2006 roku z ogłoszenia w internecie. Niebieska srebrzysta klasycznie pręgowana BRI as22, ojciec INGRAM Happy Star*PL; matka HARMONY-MAY. Dla swoich ludzi była najcieplejszym i najdelikatniejszym kotkiem, jakiego znałam. Natomiast przypadkowe spotkanie z jamnikiem teściów, wywołało u niej prawdziwą burzę. Biedny jamnik podkulił ogon i się wycofał z próby nawiązania kontaktu. Dla nas była kocią arystokratką, która sama decydowała, kiedy chce być głaskana. Odeszła mając 12 lat – 27.04.2013 roku.

pies11

Fela (lub Atena Afrodyta)

Obecnie mieszka z nami Julka, którą przygarnęliśmy w maju 2013 roku ze schroniska dla bezdomnych zwierząt we Wrocławiu. I chociaż warunki mieszkaniowe nie pozwalają już na posiadanie tylu zwierząt, co dawniej, to Julka nam to wszystko wynagradza. 🙂

pies12

Reklamy