Lubię miłe niespodzianki

Ostatnio spotkała mnie miła niespodzianka – wygrałam zestaw do espresso w konkursie na hasło reklamowe sklepu kupszklo.pl. O tyle sympatyczna sprawa, że w sklepie tym robiłam zakupy 3 lata temu, kiedy kompletowałam wszystkie szklane naczynia do naszego nowego mieszkania. Zadecydowało oczywiście to, że chcę mieć polskie szkło, a nie jakąś chińszczyznę, którą raczą nas supermarkety. A gdzie kupić taniej niż bezpośrednio u producenta?

Po tych kilku latach zdecydowałam się na udział w konkursie i w sobotę odebrałam paczkę. Filiżanek w komplecie jest sześć. Idealny kolor na święta – zauważyła przyjaciółka. Sama nigdy bym nie wybrała czerwieni, ale jest obłędna. 🙂

2015-11-09-1 2015-11-09-2

Listopad 12 lat temu

Po moim wpisie o depresji dostałam maile, wiadomości na FB, SMSy. Dziękuję, wierzę, że to o czym piszę ma sens. Jeśli chociaż jedna osoba zobaczy promienie słońca, to zawsze będzie miało sens… Dziękuję, że jesteście nawet, gdy milczycie.

Słońce wdarło się w środek listopadowych dni. Przegoniło mgły. Ranki są mroźne, ale południa przyjemnie ciepłe. Kontrast. Znicze pogasły na cmentarzach, pokłoniły się chryzantemy. Znowu cisza. Nie ma śladu po niedawnym szumie. Na wielu mogiłach przez kolejne miesiące nie zapłoną ognie.

Kiedy szukałam sensu, przeczytałam mnóstwo artykułów. Mądrych i całkiem naiwnych. Podpisanych przez medyczne autorytety i przypadkowe osoby. Dzisiaj wiem, że nie ma jednej drogi dla wszystkich. Jest współodczuwanie dla wybranych. Nic więcej. Mówiono, że mam zamazać przeszłość i patrzeć w przyszłość. A porządkowanie spraw to strata czasu. Wszyscy wiedzą lepiej, jak powinno wyglądać cudze życie.

W tych wszystkich tekstach wyłapywałam jedynie pojedyncze zdania. Ale w końcu zaczęłam układać wszystko po swojemu. Nie odtwarzać schematów i nie zgadzać się z tym, co aktualnie jest modne.

Podróż jest w nas. Z uśmiechem patrzę wstecz. Wydarzyło się w niej całkiem sporo dobrych rzeczy. Nie warto udawać, że ich nie było.

Dwanaście lat temu był też taki piękny listopad. Pojechaliśmy z B. do Oławy na spacer po wałach nad Odrą. To była nasza pierwsza wspólna jesień.

2015-11-08-1Pamiętam, że było ciepło jak na tę porę roku, a kaczki niemiłosiernie taplały się w szarej wodzie.  Zżółknięte trawy szeleściły pod stopami, wyschnięte osty czepiały się nogawek. Poza tym otaczała nas cisza, listopad otulił łagodnie…2015-11-08-2 Mieliśmy swój pierwszy cyfrowy aparat, który pozwolił uchwycić kilka chwil. Stare drzewa pochylone nad wodą, kaczki, domy. Świadomość, że nie spaceruje się już samemu.2015-11-08-3 2015-11-08-4Często mam ten obraz przed oczami. Utwierdza mnie w przekonaniu, że nie ma lepszych i gorszych miesięcy, brzydszych pór roku. Są tylko inne. Każda z nich wyjątkowa.

***

Dziś zapalam świeczki za Tych, którzy odeszli. Tych, którzy wiedzą już, jak TAM jest. Nie piszę dzisiaj pożegnań, bo wiem, że ta strata boli dzisiaj mnie. Ktoś pochyli się na chwilę nad moimi słowami i wróci do serialu w telewizji lub kolacji. A ja tęsknię. Bo nie ma właściwego czasu, nigdy.

Ilu z Was tutaj nie ma?

Ilu powinno być?

Ilu odeszło, bo chciało? Ilu wbrew woli?

Ta garść wspomnień, zdjęć, czasem zapisków… przeglądam… otaczam ciepłem, modlitwą w tę listopadową noc. Wszyscy idziemy tę samą drogą, ale w różnym czasie dojdziemy do celu. Ale dojdziemy, mimo myśli o własnej nieśmiertelności. Tylko miłość jest nieśmiertelna.

Dziady czy nie dziady

I oto nadszedł ostatni dzień października. Z tej okazji urządziliśmy niewielkie przyjęcie. Pomyślałam, że trochę zabawy nie zaszkodzi.  Wystarczy, że na dworze jest ponuro i zewsząd wdziera się mgła.

Lampiony z dyni były znane już w czasach dzieciństwa mojej mamy, czyli w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Trudno zgodzić się więc z argumentem, że przywędrowały do nas w ostatnich latach. Mama sama wycinała w dyniach mordy, do środka wstawiała świeczkę i ukończone dzieła stawiała na werandzie domu.
Samo Halloween jest nam kulturowo obce i podkreśla się często, że na ziemiach polskich obchodzono Dziady. Podczas tej niezwykłej nocy wędrujące dusze należało ugościć (podobno najlepiej kaszą z miodem), a rozpalany ogień miał oświetlać im drogę. Łącząc te dwie tradycje przygotowaliśmy słodkie przyjęcie z odrobiną dyniowego szaleństwa:

2015-10-31-12015-10-31-2Tymczasem listopad już się zdążył rozpanoszyć. Wystarczyło mu to, że za długo trwała piękna złota jesień. Przyszedł, rozsiadł się wygodnie i proszę… oto jak dzisiaj wyglądał wieczorny spacer:

2015-10-31-5 2015-10-31-42015-10-31-3Prawie jak w innym świecie. Innym wymiarze.

Walczę, aby wygrać

Ostatni czas był bardzo intensywny. Od miesiąca jestem w domu, ponieważ nie pracuję już we Wrocławiu. Nie siedzę osiem godzin za biurkiem, ani dwie godziny za kierownicą. Staram się powoli poukładać czas na nowo, kończyć moją pracę doktorską, bo został mi ostatni rozdział. Nie jest źle, jest zupełnie inaczej. Niczym bohaterka Nigdy w życiu! nagle po prostu rzucam wszystko i wszystko zmieniam.

Dużo spaceruję, nadal czasami niezdrowo się odżywiam, chociaż zaczynam znowu gotować. Wieczorami wyciągam kredki i rysuję. Śpię w ciągu dnia, jeżeli mam na to ochotę. Kocham i jestem kochana. Osiągam stan równowagi. Poznaję nowych ludzi i pielęgnuję stare przyjaźnie.

Jestem bardzo wdzięczna mojemu mężowi oraz mojej rodzinie, a także nielicznym przyjaciołom, że tak mi kibicowali w trudnym dla mnie okresie. Byli przy mnie przez ostatnie dwa lata, kiedy choroba nie ustępowała, a wręcz atakowała z całych sił.

Depresję i nerwicę można pokonać i warto z nią walczyć, chociaż to nieustępliwy przeciwnik. Nie ma nic wspólnego z tym, co piszą w kolorowych pisemkach dla kobiet. Strach jest realny. Ból jest prawdziwy. To nie jest zła chandra, gorszy dzień czy brak uśmiechu. To stan, kiedy przeraża cię to, że zaczął się nowy dzień. I wcale nie chcesz, aby on trwał, bo jest taki sam jako poprzedni. Zlewa się z kolejnym. A wszystko to na nic, skoro droga i tak zmierza do końca. To nie ma nic wspólnego z denerwowaniem się, lecz z nerwobólami, które nie pozwalają czasami zasnąć. Strachem, który zabija radość. Bo po radości musi nadejść kara. Złe ma zrównoważyć dobre, więc lepiej się nie cieszyć.

Jestem rebeliantką. Od początku miałam taki nick w sieci, czyli już ponad 13 lat. I bycie nią to ciągła walka, ale jednak na tyle poznałam przeciwnika, że wygrywam. Życzę Wam pięknej jesieni, pogodnych dni, ale także siły. Bo wiem, że wśród moich znajomych jest wiele mądrych, wspaniałych i walczących osób. Mi się udaje i wierzę, że Wam też się uda.

Jeżeli ktoś od Was się odsuwa, to nie żal takich znajomości. Nic nie wniosą. Jeżeli ktoś umniejsza Wasze cierpienie, to nie ma o nim zielonego pojęcia. Depresja nieleczona kończy się śmiercią. Dlatego warto o tym pamiętać, nim osądzimy kogokolwiek. Nim powiemy: weź się w garść, zapytajmy: jak możemy ci pomóc? Prawdziwa depresja to nie fanaberia, ani nie lenistwo.

Pierwszy krok to nazwać rzecz po imieniu.
Drugi to nie wstydzić się i poszukać pomocy.
Trzeci to walczyć.
A ten kto walczy, ten już jest zwycięzcą.

jesien2

jezus

jesienPogodnej jesieni! Odezwę się niebawem, tymczasem czekam na Wasze komentarze. 🙂

Okradziono nas

Nie tak miał wyglądać ten post, ale trudno.

W nocy z 15/16 lub 16/17 października 2015 ukradziono nam felgi oryginalne RENAULT VEL SATIS 17x7J ET50 z NOWYMI nigdy nie jeżdżonymi oponami zimowymi Targum Winter 4 o rozmiarze 215/55/17 bieżnik Michelin Alpin4 oraz zaworami ciśnienia w kołach, które są zalogowane do mojego auta.

Zgłoszone na policję, ale wiadomo jak jest…

Informacje proszę na numer: 690 882 517 lub wiadomość na FB. Opony z felgami i czujnikami skradziono w Kątach Wrocławskich.

IMG_20151004_180132

Odnaleźć rodzinę

Mamy rok 1945. W Niemczech wyzwalane są nazistowskie obozy pracy. W jednym z nich przebywa mój dziadek Tadeusz ze swoim młodszym bratem Józefem. Józef po wojnie chce jechać do Australii, Tadeusz wracać do Polski. Obiecują sobie, że szybko się spotkają. Jednak po kilku listach kontakt nagle się urywa. Dziadek zaczyna szukać swojego brata przez Czerwony Krzyż i inne organizacje. Otrzymuje wiadomość, że jego brat zginął pracując na kolei w Melbourne. Jednak brak jest jakichkolwiek dokumentów potwierdzających czy tak się stało.

Dziadek nie wierzy. Nadal szuka, ale bez powodzenia. Do końca życia ma nadzieję, że brat się odnajdzie. Wie, że mają nieprawdopodobne szczęście  – wojnę przeżyła cała rodzina. Tadeusz umiera w 1990 roku, nie wiedząc co się stało z ukochanym bratem.

Mija 70 lat. Pod moim postem o wujku Albinie (jednym z braci dziadka) wpisuje się ktoś, kto przedstawia się jako syn Józefa – Tadeusz. Akurat przebywa w Polsce i szuka rodziny. Wie tylko, że miał wujka Albina i na tym trop się urywa. Nie zna polskiego, a jego ojciec nie żyje od kilku lat. Wie, że ma polskie korzenie, ale żyje w świadomości, że rodzina ojca (prócz Albina) nie przeżyła wojny. Bo przecież Józef musiał próbować się kontaktować, ale gdzie trafiały listy?

Minęło 70 lat od rozdzielenia naszej rodziny! Dzisiaj udało się nam spotkać. To niesamowity przypadek, że akurat Tadeusz z żoną przyjechał do Polski i wygooglował mój wpis. W zasadzie brak jest słów… zdjęcia, historie, ale przede wszystkim wspaniały człowiek, który odzyskał tożsamość. Odzyskał rodzinę. Moja mama ma nagle kuzyna i wie, że jej wujek dożył starości, a nie zginął w wypadku.

Wiele rzeczy pozostanie na zawsze tajemnicą. Ale też wiele tajemnic zostało dzisiaj rozwiązanych. Cieszę się, że miałam w tym swój wkład i mam nadzieję, że ta historia pozwoli odnaleźć nadzieję tym, którzy ją stracili. Nie ma rzeczy niemożliwych, gdy scenariusze pisze życie.

Poniżej moja mama z kuzynem.

kuzynostwo

101 psów i kotów

Nasz dom był zawsze domem pełnym zwierząt. Mieliśmy różne stworzenia. Mama tylko przytakiwała ojcu na jego pomysły, chociaż sama wzięła kiedyś zabiedzone kociaki od sąsiadki i zawiązała im kokardki, aby ojcu powiedzieć, że są dla niego w prezencie. Byliśmy takim domem częściowo „tymczasowym” dla różnych zwierząt, kiedy jeszcze taka nazwa nie padała. To tylko mały wycinek tego świata, ale uważam, że godny pokazania.

Nasz zwierzyniec to był m.in. Boss (1996-2000) i Hexa (1999-2010). Boss był najmądrzejszym psem, jakiego kiedykolwiek znałam. Czarny jamnik o wspaniałym charakterze. Spędził ze mną część mojego dzieciństwa. Jeździł z nami na pikniki, rozkładał się na trawie i pilnował koszyka. Do dzisiaj nie wiemy, co mu się stało. Weterynarz sugerował otrucie. Czy komuś nie spodobało się, że donośnie szczeka? Ratowaliśmy go za wszelką cenę, bo tliła się iskierka nadziei. W ostatnim dniu, nie mając sił, aby wyjść na dwór, położył się na progu domu i zasnął. To dla niego napisałam to opowiadanie.

Hexa pojawiła się jak grom z jasnego nieba. W pewien styczniowy wieczór pod furtkę podjechała pani. Moja mama wyszła i pani poprosiła ją, aby coś przytrzymała. Po czym prawie bez słowa odjechała. I tak zjawił się niespełna 3 tygodniowy szczeniak, który rósł jak na drożdżach. Spał na termoforku, który szybko okazał się zbyt mały. Hexa uwielbiała ganiać jaskółki, nosiła w pysku kamienie i mruczała przy głaskaniu. Kiedy urodził się Danielek, pilnowała wózka. Była moim dużym psem.
Czasami nie wierzę, że ich już nie ma. Znaczyły tak wiele.

pies1Hexa i Boss

Psem, o którego powrót do zdrowia walczyliśmy bardzo długo i bezskutecznie była Nora. Ukochany pies mojego ojca, mieszaniec dobermana z wilczurem. Niezwykle czujna i piękna. Pierwszy raz zetknęłam się wówczas z nowotworem u zwierząt. Pamiętam, jak prześwietlaliśmy jej łapę w nadziei na to, że jednak sobie ją wybiła etc. Ale biopsja guza nie dała wątpliwości. Przegraliśmy walkę, gdy miała niespełna 4 lata. Wtedy też zrozumiałam, że w pewnym momencie należy spasować, gdy wynik jest jednoznaczny, trzeba zgodzić się na odejście przez tęczowy most. Bo każdego dnia cierpienie może być tylko większe i mimo zaklinania losu, płaczu, kolejnych wizyt u innych weterynarzy, nic nie można zrobić.

pies-2Nora

Oprócz tego była Luńcia-wariatuńcia (2003-2012), która dzięki moim rodzicom, nie skończyła jak koledzy i koleżanki w schronisku lub jako psy pseudo obronne do walk. Była trochę nadpobudliwa, wiecznie ośliniona i nieświadoma swej wagi chciała się ładować na kolana. Bardzo cięta do obcych, do swoich przesadnie wylewna. Ostatni rok spędziła na lekach przeciwbólowych, które niestety tylko chwilowo przynosiły jej ulgę. Roześmiany pychol. Daniel czasem ją wspomina, chociaż, kiedy odeszła miał tylko trzy lata i nie bawił się z nią, a jedynie nosił jej jedzenie. Jednak z jakichś przyczyn, ten pies utkwił mu w pamięci…

pies-3Luna

I jeszcze kilka słów o tymczasowych mieszkańcach. Przez jakiś czas mieszkał z nami jamnik Bono. Padaczkowy biedak. Obecnie od dekady mieszka ze starszą panią, dla której jest całym światem. Pani w dość krótkim czasie straciła męża oraz syna. Bono stał się dla niej wręcz ostatnią deską ratunku, pomimo swoich zdrowotnych problemów. Dziś to już psi emeryt, ale zdjęcie pochodzi z czasów jego młodości.

pies-4Bono

Był także Dyzio – pies znaleziony przez nas pod koniec ubiegłego wieku w worku po nawozie. Myśleliśmy, że jego łyse ciało to odpowiedź na chemikalia, po diagnostyce okazało się, że zaatakował go świerzb. Na ciele miał liczne rany. Na szczęście wielotygodniowa walka o jego zdrowie przyniosła rezultat. Dyzio stał się prawie szorstkowłosym jamnikiem. Po wyleczeniu zamieszkał z moją siostrą Martą. Przez wiele lat był ulubieńcem całej rodziny.

pies-7Dyzio

Prócz psów od czasu do czasu pojawiały się koty. Trafiały do nas w rozmaitych okolicznościach i zdecydowanie, poza jednym wyjątkiem, nie były to typowo domowe zwierzątka. Większość przychodziła zaspokoić swój głód lub trafiała do nas na podleczenie. Oto niektórzy koci bywalcy, na starych zeskanowych zdjęciach:

pies-6 pies-5Oto kotka. Kotka nie miała imienia. Miała za to pecha. Ktoś tak celnie rzucił w nią kamieniem, że wybił jej oko. Ojciec znalazł ją na poboczu drogi i zawiózł do weterynarza. Pamiętam, jak wrócił z kotem w kołnierzu. Mama już nic nie mówiła, tylko ulokowała nieszczęsną pannę w kuchni przy piecu. Po operacji błyskawicznie odżyła i pokazała prawdziwe oblicze. Zero wdzięczności za uratowanie kociego życia. Może wiedziała, że ma ich jeszcze kilka? 😉 Dzikuska pozostała dzikuską, łaskawie zjawiającą się od czasu do czasu w porze karmienia.

pies-8 pies-9

Podobnie jak Klakier, którego boki były naprawdę imponujące. Zaszczycał nas czasami swoją obecnością, biegnąć przez ogród i drąc się z daleka wniebogłosy. Do końca swoich dni pozostał prawdziwie wolnym, wiejskim kocurem.

pies10Klakier

Pojawiła się także niezwykła brytyjska pani na włościach, czyli Fela (2001-2013). Prawdziwa królowa. Jedna i jedyna. Nie tolerowała innych kotów na swoich salonach. Przygarnęliśmy ją w 2006 roku z ogłoszenia w internecie. Niebieska srebrzysta klasycznie pręgowana BRI as22, ojciec INGRAM Happy Star*PL; matka HARMONY-MAY. Dla swoich ludzi była najcieplejszym i najdelikatniejszym kotkiem, jakiego znałam. Natomiast przypadkowe spotkanie z jamnikiem teściów, wywołało u niej prawdziwą burzę. Biedny jamnik podkulił ogon i się wycofał z próby nawiązania kontaktu. Dla nas była kocią arystokratką, która sama decydowała, kiedy chce być głaskana. Odeszła mając 12 lat – 27.04.2013 roku.

pies11

Fela (lub Atena Afrodyta)

Obecnie mieszka z nami Julka, którą przygarnęliśmy w maju 2013 roku ze schroniska dla bezdomnych zwierząt we Wrocławiu. I chociaż warunki mieszkaniowe nie pozwalają już na posiadanie tylu zwierząt, co dawniej, to Julka nam to wszystko wynagradza. 🙂

pies12

13 lat

Blisko 13 lat temu (bez kilku dni) napisałam pierwszy wpis na moim blogu. Była to platforma blogowa blogi.pl – dzisiaj już zapomniana. Tam też poznałam wielu innych blogerów, a z niektórymi kontakt mam do dziś. Adresy blogów zmieniałam kilkukrotnie, tak samo jak platformy blogowe. Część osób podążała za mną, wiele się wykruszyło, niektórzy odeszli na zawsze.

Przez te 13 lat wszystko się zmieniło i piszę dzisiaj z zupełnie innego miejsca, patrząc na inny świat. Ostatnie dwa lata były trudne, zawaliło mi się mnóstwo rzeczy i mimo starań, nie udało mi się powrócić do pisania bloga. Od jutra, od pojutrza, od świąt, od kolejnego miesiąca…

Przez ostatnie blisko dwa tygodnie udało mi się w końcu odpocząć. Zrobiłam mnóstwo zdjęć i notatek. Odetchnęłam otoczona spokojem i bez potrzeby zastanawiania się nad jutrem. To też skłoniło mnie do wskrzeszenia bloga, nawet jeżeli nikt tu już prawie nie zagląda.

Szkoda mi mojej przestrzeni, tego wirtualnego świata, który budowałam przez wiele lat. Część notatek pisanych wcześniej pojawi się tutaj na nowo. Część będzie zupełnie nowych.

Czuję się, jakbym wróciła do domu z bardzo długiej podróży.